Recenzja: Eternal Sonata

Gra opowiada historię Fryderyka Chopina, który leżąc na łożu śmierci, zaczyna śnić. We śnie przenosi się do magicznej krainy, gdzie spotyka nieuleczalnie chorą dziewczynkę o jakże wdzięcznym imieniu- Polka. W jej świecie, ludzie wolą unikać osób takich jak ona bojąc się zarazić śmiertelną chorobą , przez co dziewczynka ma problemy ze znalezieniem przyjaciół. Innym problem dotykającym wszystkich mieszkańców krainy są zbyt wysokie podatki nałożone na wszystkie produkty z wyjątkiem jednego, mineral powder. Fryderyk, Polka, a później jeszcze kilku innych przyjaciół, chcą wyruszyć do króla by prosić go o obniżenie podatków. Jak się później okaże, nie wszystko jest takie proste, jakie z początku mogło się wydawać.

Walka w Eternal Sonacie to połączenie turowego systemu walki z action RPG. Każdy z bohaterów czeka na swoją kolej, a kiedy ta już nadejdzie, mamy określoną ilość czasu by dobiec do przeciwnika, zaatakować go, czy się uleczyć. Każdą z postaci walczy się inaczej. Polka najlepiej sprawdza się w leczeniu drużyny, Alegretto zadaje silne obrażenia mieczem, a Viola trzyma się z tyłu atakując z łuku. Mamy też pasek „echo chains”. Im więcej obrażeń zadamy przeciwnikowi zwykłym atakiem, tym bardziej się on napełnia; im bardziej jest zapełniony, tym większe obrażenia zadajemy używając ataków specjalnych. Dodatkowo, jeśli pasek naładuje się do odpowiedniego poziomu, możemy użyć combo razem z innymi postaciami. Nie dość, że wygląda to świetnie, to jest naprawdę przydatne, szczególnie podczas walk z bossami.

Inną rzeczą, której wcześniej w żadnej grze nie uświadczyłem, jest tranfsormaja przeciwników. Poznajemy to już na samym początku gry, kiedy podczas pierwszych walk przeciwnicy próbują uciekać w zacienione miejsca, gdzie zmieniają się w znacznie silniejsze. Cień i słońce mają wpływ również na naszych bohaterów. Stojąc w cieniu mamy do wyboru inne specjalne ataki niż kiedy stoimy w rozświetlonym miejscu, przez co walki stają się trudniejsze, bo musimy stracić trochę czasu na dobiegnięcie w rozświetlone lub zacienione miejsce by użyć takiego ataku, jakiego akurat potrzebujemy (Np. wszystkie/większość leczniczych zaklęć Polki nie działa w cieniu).

Grafika. Jednym się podoba, dla innych jest zbyt kolorowa, a dla mnie to arcydzieło. Niektóre scenki i lokacje wyglądają naprawdę świetnie. Bynajmniej nie dlatego, że gra wyciska ostatnie soki z konsoli. Wszystko jest naprawdę pięknie zaprojektowane. Od postaci zaczynając, na lokacjach kończąc. Również scenki przerywnikowe wyszły twórcom gry świetnie. Wyglądają przepięknie i naprawdę przyjemnie się je ogląda.

Nic złego nie mogę napisać też o muzyce, która po prostu nie mogła być lepsza. Muzyka Motoi Sakuraby połączona z muzyką Fryderyka Chopina graną przez Stanisława Bunina. Te nazwiska robią wrażenie, co? Motyw podczas walki z bossami pamiętam do dzisiaj, chociaż Eternal Sonatę ukończyłem już dość dawno temu. A scenki? Tam to się dopiero dzieję. Powiedziałbym nawet, że to dzięki muzyce mają taki niesamowity klimat i dzięki niej ogląda się je z taką przyjemnością. No bo czym byłaby ostatnia scenka gdyby nie ta genialna muzyka?

Wady? Są, są. Po pierwsze kamera podczas walki. Czasami zamiast oglądać widowiskowy atak na który przez tyle czasu zbieraliśmy echo chains, widzimy plecy jednego z bohaterów. Duży minus!
Gra w wersji na X360 jest PODOBNO zbyt łatwa. Prawda to, czy nie- tego nie wiem, ale bardzo prawdopodobne. Sam grałem w wersję na PS3 gdzie podniesiono poziom trudności. I rzeczywiście, z niektórymi bossami miałem problem, co nie zmienia faktu, że ogólnia gra jakoś przesadnie trudna nie była. Trudny jest natomiast encore mode, który odblokowujemy po przejściu gry. Chociaż i tu twórcy zbytnio się nie postarali. Podniesienie poziomu trudności polega chyba tylko na tym, że nasi przeciwnicy mają więcej HP i zadają większe obrażenia, przez co musimy więcej czasu spędzać na „dopakowywaniu” naszych postaci. Z drugiej strony, czego innego mogliśmy się spodziewać?
Następną rzeczą jest historia. Po obejrzeniu ostatniej scenki się rozkleiłem, później jednak doszedłem do wniosku, że to wszystko było tak strasznie naciągane. No wiecie, sceny typu „Muszę się poświęcić by uratować moich przyjaciół! Nie…Nie powstrzymujcie mnie, to moje przeznaczenie!” Co nie zmienia faktu, że przyjemnie się je oglądało.
Co jeszcze? Długość, a raczej krótkość gry. Sam skończyłem ją po jakichś 30-35 godzinach, co nie jest może aż tak złym wynikiem, ale mogłoby być lepiej. Na dodatek, wersja na PS3 została wzbogacona o nowe scenki, dungeony, postaci itp, więc przy wersji na X360 spędzicie jeszcze mniej czasu.

PODSUMOWANIE I OCENA W ROZWINIĘCIU

Czytaj dalej

Reklamy

Recenzja: Harvest Moon: Friends of Mineral Town

Harvest Moon: Friends of Mineral Town  to kolejna już gra z serii opowiadającej o życiu młodego rolnika. Tak jak w poprzednich częściach, tak i tutaj zajmujemy się hodowlą zwierząt, uprawą roślin, poznawaniem historii mieszkańców miasteczka i…podrywaniem dziewczyn.

Jako mały chłopiec często przyjeżdżaliśmy do naszego dziadka na wieś. Pomagaliśmy mu, bawiliśmy się ze zwierzętami i naszą przyjaciółką, która mieszkała niedaleko.
Któregoś dnia, kiedy dziadek po raz kolejny nie odpisał na nasz list, postanowiliśmy go odwiedzić, żeby sprawdzić co się stało. Na farmie zastajemy burmistrza Mineral Town, który informuje nas, że nasz dziadek zmarł jakiś czas temu zostawiając nam w spadku swój dom i – mocno zaniedbaną już- farmę.

I tu wkraczamy my. Naszym głównym zadaniem jest doprowadzenie jej do stanu w jakim była kiedyś, a zabieramy się do tego z małą ilością pieniędzy,  kilkoma narzędziami do pracy i masą chwastów do wyrwania.
Za pieniądze z którymi zaczynamy grę możemy kupić nasiona, by potem zasiać je na polu (które wcześniej musimy do tego przygotować). Po jakimś czasie wreszcie możemy zebrać pierwsze plony i sprzedać je w sklepiku w mieście. Za zarobione w ten sposób pieniądze możemy kupić następne nasiona lub nasze pierwsze zwierzę (kurę, bo na początku nie będzie nas stać na nic innego). Na późniejszych etapach gry możemy kupić inne zwierzęta, jak owce z których mamy wełnę, czy krowy, które dają nam mleko. Z tego z kolei możemy zrobić kolejno wełnę i ser, które później możemy sprzedać po lepszej cenie. O nasze zwierzęta musimy się też troszczyć. Im lepiej nam to wychodzi, tym bardziej są zadowolone, a im bardziej są zadowolone, tym lepsze mleko/sery/wełnę nam dają dzięki czemu możemy sprzedać je po lepszej cenie, dlatego warto się nimi codziennie zajmować.

Następną rzeczą, którą możemy się zając by zarobić pieniądze jest oczywiście rolnictwo. Jest kilkadziesiąt rodzajów nasion, które uprawiamy o różnych porach roku, o które inaczej dbamy i za które dostajemy różne pieniądze. Ale nie tylko do tego posłużą nam nasze plony. Warzywa, które wyhodujemy możemy wykorzystać w kuchni w naszym domku, przyrządzając różne potrawy.
Praca zajmuje większość czasu, ale nie jesteśmy sami. Do pomocy mamy skrzaty mieszkające w małym domku za kościołem. Jeśli zaprzyjaźnimy się z nimi, te chętnie pomogą nam w podlewaniu roślin, zbieraniu plonów, czy karmieniu zwierząt, dzięki czemu my będziemy mieli więcej czasu na inne rzeczy.

A jest co robić. Mimo, że miasteczko w którym mieszkamy nie jest wielkie, zawsze jest tam coś do zrobienia. Możemy poznawać historię jego mieszkańców, zaprzyjaźniać się z nimi, a nawet zakochać się w jednej z dziewczyn i starać się o jej względy by później się z nią ożenić i mieć razem dziecko.
Poza tym kilka razy do roku w miasteczku odbywają się różnego rodzaju festyny w których możemy wziąć udział. Walki kogutów, festiwal tańca, wyścigi konne, czy konkurs pieczenia to tylko niektóre z nich. Oprócz tego co jakiś czas trafiamy na scenki  w których- jak już wcześniej wspomniałem- poznajemy mieszkańców. Czasami nasze zachowanie podczas nich może zmienić historię miasteczka. Podczas jednej z nich na przykład, od naszego zachowania zależeć będzie, czy jeden z mieszkańców zostanie w Mineral Town, czy też je opuści.

Oprócz tego jest jeszcze wiele innych rzeczy, które możemy robić. Jeśli mamy wystarczającą ilość pieniędzy i drewna, możemy udać się do drwala mieszkającego w chatce w lesie i poprosić go o powiększenie naszego domu. Oglądając program z zakupami w telewizji możemy zamówić/kupić różne rzeczy, jak większe łóżko (którego będziemy potrzebować, jeśli powiększy nam się rodzina:)), nowe szafki, jakieś dekoracje  itp. Możemy łowić ryby, zbierać grzyby, chodzić do gorących źródeł, pracować w kopalni by trochę dorobić i  masę innych rzeczy.e

Grafika w grze jest naprawdę piękna i nie można jej chyba niczego zarzucić. Jest ładnie i kolorowo, czyli tak, jak w tego typu grze być powinno. To samo można powiedzieć o muzyce, którą przecież słyszymy przez kilkadziesiąt, a nawet kilkaset godzin gry i która mimo tego się nie zaczyna nas drażnić po jakimś czasie.

Na koniec zostawiłem sobie wady. Mimo, że w miasteczku jest naprawdę sporo rzeczy do roboty, to po jakimś czasie wykonywanie tych samych czynności może co poniektórych najzwyczajniej w świecie znudzić. Co nie zmienia faktu, że u ludzi lubiących tego typu gry nie nastąpi to szybko. Poza tym, choćbym chciał, naprawdę nie potrafię wymienić więcej wad.

PODSUMOWANIE I OCENA W ROZWINIĘCIU :)
Czytaj dalej

Ubisoft zrobi grę…jRPG?

W rozmowie z Famitsu, Alain Carre z Ubisoftu stwierdził, że któregoś dnia chcieliby wydać jakąś grę jRPG.

Nigdy nie zrobiliśmy żadnej gry z gatunku RPG, gatunku, który Japończycy uwielbiają.

Tworzymy strzelaniny, strategie, gry sportowe, gry akcji, czy przygodowe, ale nigdy nie zrobiliśmy gry RPG.

Tak, czy inaczej, jesteśmy otwarci na wszystko. Jeśli udałoby nam się zebrać ludzi, którzy znają się na grach tego typu, z chęcią byśmy ją wydali. Jeśli mielibyśmy szansę współpracować z Japońskimi twórcami, jestem pewien, że bylibyśmy w stanie zrobić grę trafiającą do Japończyków.

I jak Wam się to podoba? Kto wie, być może to to, czego jRPGi  dzisiaj potrzebują. Nowych pomysłów i zmian, które z pewnością wnieśliby zachodni twórcy. Tylko, czy nie skończyłoby się na zachodnim action RPG w mangowej oprawie?

Z chęcią zobaczyłbym co z tego wyjdzie, chociaż ja akurat wolę te starsze, tradycyjne japońskie gry rpg bez silenia się na oryginalność, co zazwyczaj nie wychodzi na dobre patrząc na jrpgi tej generacji.

Źródło: Kotaku.com

Tak jakby wróciłem

Kilka dni temu podłączyli mi internet. Mimo to na blogu wciąż nie ma żadnej nowej notki (jak widać), ale to się niedługo zmieni. Jeszcze dzisiaj, a najpóźniej jutro, zacznę znowu pisać.

Wczoraj postanowiłem zmienić wygląd bloga, ale wciąż nie skończyłem, więc jeszcze trochę się zmieni. Do logo bloga dodałem japońskie znaki. Nie, żeby to było potrzebne, czy coś, po prostu fajnie wygląda :P A że mam zamiar dużo pisać o grach japońskich, to i pasuje. Mam też nadzieję, że nie zrobiłem tam błędu :D (A chyba zrobiłem. Czy nie powinienem napisać tego katakaną? Będę musiał to poprawić)

A jeśli ktoś ma jakieś sugestie co do wyglądu bloga, to chętnie posłucham :)

Tak więc do zobaczenia niedługo :)